• Wpisów: 3430
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 22:17
  • Licznik odwiedzin: 355 509 / 4065 dni
 
znudzonyzyciem
 
Bezimienny: Wraz z odejściem F. runął całkowicie mój plan na dalsze życie.

Zawsze marzyłem o domu z ogródkiem, to był mój pieprzony cel do którego zawsze dążyłem i którego spełnienie nie wyobrażałem sobie z nikim innym jak z F. Po to harowałem, ciułając każdy grosz. I byłem zajebiście blisko by te marzenie spełnić...

Przez wszystkie te lata jak byliśmy razem, mieszkaliśmy w moim domu rodzinnym. Z moją mamą, babcią i siostrą. To była chora sytuacja, co pewnie też w rezultacie trochę przyczyniło się do rozpadu naszego związku, ale nie mogłem inaczej. Poczucie jebanej odpowiedzialności mi nie pozwalało.

Zaraz po liceum nie mając pomysłu na to co dalej, wyruszyłem w świat. Mniej więcej wtedy zmarł mój dziadek. Babcia coraz gorzej sobie radziła, więc z moją mamą zadecydowali by zamienić swoje mieszkania i zamieszkać razem. Niestety, życie to kurwa i pokazało faka. W pewnym momencie moja mama zaczęła poważnie chorować. Musiałem wrócić do Polski by przejąć biznes rodzinny i wspólnie z siostrą zaopiekować się mamą. W międzyczasie z babcią też bywało coraz gorzej. Bywały sytuacje ze wzywaliśmy 2 karetki naraz, do jednej i do drugiej jak objawy chorób się nasilały. 8 lat temu poznałem F. który od razu z nami zamieszkał. Wiedział jaką mam chorą sytuację, że inaczej nie mogę i prędko nie pójdę 'na swoje' ale to rozumiał i wspierał mnie w codziennej opiece tej dwójki. Mama zmarła prawie 3 lata temu, natomiast babcia nadal z nami mieszka.

Sytuacja zaczęła się zmieniać nieco ponad rok temu. Mój wujek zaczął budowę domu z nową żoną i zobowiązał się, że zabierze babcię. Dla nas to oznaczało, że moja siostra i ja (my z F.) będziemy mogli pójść w swoją stronę. I coraz konkretniej o tym gadaliśmy pod koniec zeszłego roku. Wiedziałem, że to ten czas. Z początkiem roku coraz poważniej podchodziłem do tematu i zacząłem badać rynek. Jednocześnie wiedziałem, że szykuje mi się awans. Nasze oszczędności plus całkiem dobre zarobki oznaczały że dźwigniemy kredyt który bylibyśmy w stanie spłacić w kilka a nie kilkadziesiąt lat i wspólnie ten dom wybudować. W marcu natomiast F. odszedł i wszystkie plany chuj strzelił.

Teraz nadszedł ten upragniony czas, wujek jest gotowy zabrać babcię. A ja jestem w rozkroku. Mimo tego, że stać mnie aby się wybudować, tak na prawdę nie mam z kim tego domu stworzyć. Moje marzenia nadal gdzieś tam są, ale sam w domu mieszkać nie chcę. Poza tym jakoś to mało ekonomiczne. Na T. nie patrzę nawet w tych kategoriach bo przede wszystkim jest za wcześnie na takie rozważania. Nie wiem czy coś między nami będzie (wątpliwości, wątpliwości), poza tym on w domu nie chce mieszkać. Kompromisem byłby ewentualnie szeregowiec jeśli cokolwiek miałoby z naszej relacji wyjść. Obecnie pozostaje mi kupić jakieś mieszkanie i dalej żyć niespełnionymi marzeniami. Perspektywa samej wyprowadzki natomiast nie jest już dla mnie 'nowym etapem' na który tak przez te wszystkie lata czekałem. Zresztą samemu ruszając dalej to już nie ma znaczenia.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten związek posypał się właśnie w tym momencie jak mogliśmy ten nowy etap zacząć. A może to lepiej? Bo jeśli miało się zjebać pomiędzy mną i F. to lepiej że zdarzyło się to przed wspólną budową, kredytem i tak dużym zobowiązaniem?

Tak. Życie to kurwa.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Dokładnie tak. Zostałbyś sam w dużym domu albo i bez domu. Dobrze że nie liczysz na razie na T bo to wszystko między wami na razie jest pisanie palcem po wodzie. A babci bym nie ruszała na twoim miejscu. Masz dzięki temu do kogo wracać a i ona w swoim domu będzie się lepiej czuć. Wujek jak chce pomóc to niech się nią zajmuje jak ty wyjeżdżasz